sobota, 8 sierpnia 2015

E


Don’t be afraid of taking risk. Having confidence in yourself is really key
- Jesteś pewna?
Nie była.
Minął rok, odkąd skończyła liceum; rok, odkąd zdecydowała się dać sobie czas. Studia nie wypaliły, dlatego znalazła się w środku Bełchatowa z niczym. Jak długo można trzymać się na powierzchni bez żadnej pomocy? Dwanaście miesięcy na pewno.
- Jestem -  kłamała. Jeremiasz, jej jedyny prawdziwy przyjaciel - co było jednocześnie pięknie i okropne - wzruszył ramionami, jeszcze raz patrząc na obskurny budynek starej kamienicy.
- Można by się było spodziewać, że takie miasta mają w sobie jakąś klasę. A w zasadzie wszędzie tutaj naokoło są slumsy - wzdrygnął się, gdy ze śmietnika obok wybiegł jakiś mizerny kociak.
- Przesadzasz - Lidia spojrzała na niego z politowaniem - Poza tym, to jedynie przejściowe - dodała, otwierając drzwi kamienicy.
Jeremiasz pozwolił jej wspiąć się na piętro, zanim z głębokim westchnieniem sam zdecydował się wejść prosto w paszczę obskurnego budynku.
- Na nic więcej nas nie stać! - krzyknęła do niego dziewczyna z drugiego piętra, a on jedynie przewrócił oczami. Dobrze się dobrali. Najdziwniejsza dziewczyna w szkole i największa niedojda rocznika 96, dwie życiowe kaleki uciekające przed swoją przeszłością z rodzinnego miasta aż do Gdańska, bo problem Bełchatowa polegał na tym, że każde inne miasto wydawało się być niewystarczająco daleko. A Szczecin był za bardzo niemiecki, a na Helu nic się nie działo. Właśnie dlatego Gdańsk.
- Dlaczego my to w ogóle robimy? - powtarzał sobie Jeremiasz, przekraczając próg małego mieszkanka.
- Uspokój się - Lidia pogładziła go dłonią po plecach i zauważyła okiem bardzo rozsądnej dziewczyny - Nie ma pleśni. Ułożymy tu sobie życie jako dorośli osiemnastolatkowie.
- Prawie dziewiętnasto - pokiwał głową jej przyjaciel - Myślisz, że powinniśmy zaokrąglać to do dwudziestu?
Lidia uśmiechnęła się do niego łobuzersko.
- I tak nigdy nie lubiłam być nastolatką.
W ten właśnie sposób zostawili wszystko za sobą - dobre setki kilometrów, kilkanaście miesięcy, sporo łez i po jednej miłości na serce za sobą. 



witajcie, bo tej ogromni długie przerwie i żegnajcie jednocześnie.
wiem, że obiecałam, że jeszcze nie będę kończyć tej historii i nie będę. 
tylko, że będę.
chyba wyrosłam już z Michała i Lidii, za to samej Lidii potrzebuję.
będzie druga część, ale, powtarzam, nie będzie w niej już Michała, będzie za to Lidia, Jeremiasz, Gdańsk i masa kłopotów.
nie będzie już siatkówki. i trochę mi szkoda, ale tak właściwie to wcale mi nie szkoda? przepraszam, okropny ze mnie blogger. ale będę się starać. 
jak na razie będę tu - http://swietlikowawioska.blogspot.com/ - i druga część też tam będzie. prolog pewnie nawet jeszcze dzisiaj. 
byłoby mi miło, gdybyście zajrzeli.
xx oo zboczuszki,
Ś.

wtorek, 10 lutego 2015

15

Don't be afraid to fail. Be afraid not to try. 
- Dlaczego znowu tutaj jesteśmy?
- Bo... Nie chodzi o to, że jestem słaba, okej?
- Zdecydowanie.
- Może chodzi o to, że ty jesteś niewystarczająco silny... Puść mnie. Co ty wyprawiasz?
- Demonstruję ci moją siłę.
- Nie to miałam na myśli.
- Wiem. Nie mogłem się powstrzymać.
- Dlaczego się cieszysz? Przecież tutaj...
- Uspokój się, Lidia. Ostatnio bardzo rzadko się uśmiechałem.
- Potrafię to sobie wyobrazić.
- Nie wątpię.
- Wiesz, my chyba...
- Tak. Jesteśmy w jakimś dziwnym punkcie wszechświata i wszystkie gwiazdy są przeciwko nam. Jakbyśmy próbowali walczyć przeciwko...
- Nie, Michał. Wydaje mi się, że jesteśmy parą idiotów, którzy nie do końca rozumieją zasady tej gry.
- ...
- Co?
- To jest chyba pierwszy raz, kiedy przyznajesz się otwarcie, że... przegraliśmy, razem.
- Mam wrażenie, że ta gra jeszcze trwa.
- Czyli? Gdzie jest meta?
- Póki któreś z nas nie umrze...
- Lidia!
- ...psychicznie. Gramy do utraty zmysłów.
- Ja czuję, że już...
- Wiem. Ja też.
- Więc?
- Powinniśmy coś zrobić.
- Próbowałem.
- Ja też. Eh, może moglibyśmy się po prostu jeszcze kochać i udawać, że wszystko nie istnieje.
Przyciągnąłeś ją do siebie. Oboje leżeliście na łóżku hotelowym, całkowicie ubrani, wpatrując się w brudny sufit. Przycisnąłeś wargi do jej warg. Wciąż była taka delikatna w twoich ramionach, taka krucha, jak porcelanowa laleczka. W ogóle nie stawiała oporu. Wpasowała się w krzywiznę twojego ciała, oddając pocałunek z równą pasją i zaangażowaniem. To było inne niż wszystkie wasze wcześniejsze pieszczoty, ale wy też byliście inni, wszystko było więc w porządku.
Podniosłeś się, na ułamek sekundy odrywając od siebie wasze wargi. Usiadłeś i pociągnąłeś ją do siebie, sadzając sobie na kolanach. Zatopiłeś palce w jej włosach, a ona wbiła paznokcie w twoje ramiona, kiedy ponownie starałeś się pokazać jej, jak bardzo tęskniłeś za smakiem jej ust. To była czysta prawda.
Zdjęła ci przez głowę czarną koszulkę i całą sobą wtuliła się w twoją nagą klatkę piersiową. Materiał jej sukienki połaskotał cię w skórę, przyjemnie drażniąc każdy z twoich zmysłów. Pozwoliłeś jej brązowym włosom swobodnie opaść na plecy, wyciągając z nich dwie ozdobne spinki. Złapałeś mocno jej talię i uniosłeś na chwilę, ponownie kładąc ją na łóżku, sam znalazłeś się nad nią, znacząc ustami ślady wzdłuż linii jej żuchwy. Nie wiedziałeś, jak mógłbyś się nią nacieszyć - w sposób, który pozwoliłby ci zabrać najwięcej, najlepiej. Wyglądała tak ślicznie, roztapiając się w twoich ramionach.
- Michał - szepnęła w momencie, gdy dłonią zacząłeś szukać jej piersi - to nie jest...
- Wiem - szepnąłeś między kolejnymi pocałunkami. A więc jednak to czułeś, Michale?
Coś było nie tak. I nie chodziło tutaj o fakt, że bardzo chcieli uniknąć tej sytuacji przez długi czas, przez co ich... Nie, zaraz, o co w ogóle tutaj chodzi?
Bardzo wiele wysiłku sprawiło ci oderwanie się od niej i położenie obok na materacu w bezpiecznej odległości, która nie pozwalała waszym ciałom nawet na najlżejszy dotyk.
- Coś jest źle - zgodziłeś się, zamykając oczy. Poczułeś nagle ogromnie irytujący ból głowy.
- Co się stało?
Ale żadne z was nie wiedziało. Westchnąłeś:
- Może przyszedł czas na czyjąś śmierć.
- Zrobiliśmy sporo g...
- Tak, wiem. Powinniśmy zniknąć dla siebie - zadecydowałeś.
Podniosła się szybko, przechyliła do ciebie i ostatni raz zetknęła na moment wasze wilgotne wargi. Szybko i desperacko.
- Do zobaczenia nigdy – zgodziła się.
- Żegnaj.



ha, myśleliście, że nie mogę już bardziej namieszać? Challenge Accepted. To nie jest koniec.

czwartek, 15 stycznia 2015

14

Here is the truth about the truth: it hurts. So we lie.
- Tato, a co robisz, kiedy jesteś sam?
Myślę o bardzo specjalnej dla mnie kobiecie, przez którą moje ciało reaguje na wszystko w inny sposób, jakby widziało świat w krzywym zwierciadle; a ja sam reaguję na nią...
Michał, ty bezmyślny potworze!
Przełknąłeś ślinę, ścisnąłeś mocniej rączkę syna i odwróciłeś się do niego z wymuszonym uśmiechem.
- Tęsknię za wami - powiedziałeś beztrosko, jakby te słowa nie sprawiały ci bólu. Jakby były prawdziwe - czasem zamieniam się też w latającego myszoskoczka.
- Jezu, tato - Oliwier przewrócił oczami - Ile ja według ciebie mam lat?
Dlaczego ostatnio dla wszystkich kwestia wieku była taka istotna?
- Co tam u mamy? - zmieniłeś temat.
Oli nie odpowiedział od razu. Musiał powalczyć chwilę z ciekawością dziecka i dziką chęcią rzucenia się na parkową wiewiórkę, ale potem oświadczył stanowczo:
- Mama też za tobą tęskni.
Och, no...
- Tak?
- Yhym - kiwnął głową, kopiąc w okazały kamyk na ścieżce - Nie mówi mi o tym, bo nie chce o tobie rozmawiać...
- Och.
- ...ale ja to wiem. Słyszę, jak w nocy prosi, żebyś przyszedł.
Cóż to, Michale? Czyżby poczucie winy obudziło twoje martwe, podarte na kawałeczki... serce?
- Tato, ja wiem, że coś jest nie tak - Oli zatrzymał się, spoglądając wysoko na twoją twarz, a tobie zmiękły kolana. Kucnąłeś, próbując znaleźć się na jego wysokości.
- To wszystko jest... - zacząłeś, ale ten inteligentny potwór ci przerwał:
- Nie mów mi o tym, tato - pokręcił głową - Jestem jeszcze dzieckiem, nie chcę się mieszać w sprawy dorosłych póki zły duch nastoletnich lat nie wciągnie mnie w swoje szpony.
- Co? – zmarszczyłeś zabawnie brwi, ale kiwnięciem głowy przyznałeś mu rację.
- Mama za tobą tęskni, ja za tobą tęsknię i ty tęsknisz za nami, więc dlaczego do nas nie wrócisz?
Oli, gdyby to było takie łatwe...

Ten związek nie był fer w stosunku do życia. Nie chodzi już o ilość osób, która została przez was zraniona, ale o cierpienie ich samych.
Lidia się zakochała. W kim? W tobie, Michale. Jest dużą, odważną dziewczynką, dlatego zdecydowała się to wszystko zakończyć. Ale ciebie to boli, uderza w twoją klatkę piersiową jak młot i nie pozwala ci zaczerpnąć powietrza.
Nigdy nie sądziłeś, że odważysz się za nią tęsknić, a jednak świadomość, że mógłbyś żyć bez niej sprawia ci ból. Przeraża. Zatruwa.
Przez chwilę miałeś w swoich dłoniach płomień; trzymałeś perłę, kruchą i bardzo cenną, a jednak mimo wszystko nie byłeś w stanie nad nią zapanować. Lidia jest niszczycielskim typem kobiety, którą wspomina się przez lata. Nie trzeba dążyć jej wielkim uczuciem, żeby nawiedzała cię w sennych koszmarach i mąciła w głowie przy każdej okazji. Jest czymś więcej niż narkotykiem, jest blizną, która na kawałeczku duszy pozostaje do końca. Co z tego, że jest młodziutka, skoro posiada w sobie moc doświadczonej femme fatale?
Jest tworem doskonałym, wiesz o tym. 
Nie możesz jeszcze wrócić doi Dagmary, nie byłbyś w stanie. Zbyt często budzisz się w środku nocy zlany potem, zbyt często budzisz się nakręcony i rozgrzany, rozpalony jak w gorączce przez wspomnienia jej ciała, dotyku, smaku. Nie byłbyś w stanie usnąć z myślą, że twoja niewinna, skrzywdzona żona ma zasypiać obok.
Czułeś się jak narkoman na odwyku. Musiałeś walczyć, żeby wyzbyć się chęci zażycia trucizny, a stawką było twoje małżeństwo, twoja rodzina.
Byłeś wojownikiem i swoim własnym przeciwnikiem. Bo ta cholerna małolata namieszała ci w głowie. Skąd biorą się takie istoty? Dlaczego to robią i czy zdają sobie z tego sprawę? Bardzo starałeś się skumulować całą swoją niechęć, złość, nawet wewnętrzną siłę w nienawiść, w jakieś do bólu przejmujące uczucie inne od miłości, które mogłoby dać ci nadzieję, które pozwoliłoby ci odbić się od dna i którego mógłbyś się złapać, powoli stąpając wąską, stromą ścieżką w szczęście – a miałeś cholernie daleko, bo radość zaczynała się dopiero gdzieś w chmurach, podczas gdy ty, Michale, wciąż tkwiłeś w swoim piekle.
Nie przewidziałeś tylko jednego, że twój płomień, twoja mała perła okaże się zbyt słaba i to się znowu stanie. Jeszcze raz, jeszcze jeden. Ponownie. Oboje wrócicie na start.
Cholera.




I jak?

poniedziałek, 5 stycznia 2015

13

Ellie Goulding - Your Song
Czasem życie odwraca się do góry nogami, żebyśmy mogli spojrzeć na nie z innej perspektywy.
Miesiąc później

Wiedziałeś, że to zły pomysł. Ale od pewnego czasu stałeś się mistrzem ryzyka, pogrywającym ze swoim życiem w bardzo zawiłą grę. Bez zasad. Z możliwością spektakularnej przegranej.
Nie powinieneś był wychodzić z samochodu, nie powinieneś był parkować go tak blisko. Teraz było już za późno. Zadzwonił ostatni dzwonek, czekałeś cierpliwie, szukając jej w tłumie twarzy dzieciaków wybiegających ze szkoły.
W pierwszej chwili jej nie poznałeś. Gdzie podział się ten jaskrawy, odważny kolor włosów? Dlaczego usta uśmiechały się inaczej? Dlaczego błysk w oku był inny? Nawet uniesiona brew, którą cię powitała, wydawała się być obca, nie jej, nie twoja.
- Cześć... - odezwałeś się, gdy się zbliżyła, orientując się uprzednio, czy aby ktoś nie zwraca na was przesadnej uwagi. Nie powinno cię dziwić, że ci nie odpowiedziała, a jedynie wyminęła i wsiadła do samochodu od strony pasażera. Skoro nie odbierała telefonów i nie odpowiadała na smsy, nie powinieneś się spodziewać, że przy pierwszej okazji wpadnie ci ze śmiechem w ramiona, prawda?
Zająłeś miejsce za kierownicą.
- Jedź - poleciła krótko, dyskretnie zaglądając przez szybę po twojej stronie na ostatnich uczniów wybiegających ze szkoły. Był piątek.
- Gdzie?
- Gdziekolwiek - wydawała się być rozdrażniona, a ty czułeś się przez to jak dzieciak, jakby to ona była starsza.
Zatrzymałeś się po dziesięciu minutach cichej jazdy na parkingu samochodowym gdzieś na końcu świata, w dzielnicy, do której rzadko zaglądało szczęście - rzadko zaglądał ktokolwiek. Miejsce idealne.
Odetchnąłeś głęboko, odpiąłeś pas i odwróciłeś się do niej, patrząc, jak marszczy brwi wyglądając przez okno. Jej piękne, rude włosy miały teraz kolor intensywnie brązowy i były krótsze. Ale mimo to miałeś ochotę wpleść w nie palce i przekonać się, czy nadal są takie miękkie i tak pięknie pachną.
- Ładnie wyglądasz.
Prychnęła, odwracając się w twoją stronę. W jej oczach nie było jadu, którego się obawiałeś, ale nie było też radości.
- Dziękuję - powiedziała grzecznie mimo to, a potem westchnęła, nie spuszczając z ciebie wzroku - Dlaczego przyjechałeś?
- Chciałem... - nie wiedziałeś, czego chciałeś; nie umiałeś znaleźć słów.
- Michał - zaczęła cicho, bardzo wyraźnie, jakby rozmawiała z rozkapryszonym dzieckiem - Nie możemy być razem. Z oczywistych powodów.
- Wiem, ale... - nie wiedziałeś, cholera.
- Myślałam, że już to sobie wyjaśniliśmy.
Cóż, jeżeli dwa smsy i jedną szybką rozmowę telefoniczną można uznać za wyjaśnienie...
- Jestem dla ciebie za młoda, a ty masz rodzinę, którą kochasz - dalej mówiła spokojnie, a ty wierciłeś się na swoim miejscu, nie potrafiąc znaleźć wygodnej pozycji - Oboje wiedzieliśmy, że ta znajomość na dłuższą metę nie ma sensu - odetchnęła głęboko, dając ci chwilę na oswojenie się z tą myślą - Jestem młoda - powtórzyła któryś raz z kolei - Ty także. Zakochałam się, to prawda.
- W kim? - wyrwało ci się. Cała ta sytuacja nie miała sensu. Dlaczego tak bardzo teraz przejmowała się wiekiem, skoro przedtem sama powtarzała, że to... nie ma znaczenia.
Spojrzała na ciebie z niedowierzaniem, a potem odrzuciła włosy na plecy i zaśmiała się szczerze. Zerknąłeś na nią jak na wariatkę. Siedziałeś naburmuszony, przygryzając wargę i zaciskając dłonie na kierownicy.
- W tobie, głuptasie - coś w środku twojego brzucha zacisnęło się nieprzyjemnie w supeł, za to inna część twojego ciała zaczęła budzić się do życia. Skarciłeś się w myślach za to, że pozwalałeś sobie teraz na takie wizje.
- Jestem kochliwą dziewczyną - wzruszyła niewinnie ramionami, posyłając ci najsłodszy z uśmiechów - Ale spokojnie, poradzę sobie z tym.
- Co? O co ci chodzi?
- Mam czas, żeby się odkochać i zakochać ponownie w kimś odpowiednim, nie martw się...
- Lidia - twój głos był zachrypnięty, jej imię było takie piękne - czy ty... dlaczego? Dlaczego ty to robisz?
Nim zdążyłeś się odsunąć złapała cię za rękę i pochyliła twarz ku tobie, składając delikatny pocałunek na szorstkim policzku.
- Bo nie jestem twoim przeznaczeniem, wiesz, Michał? A ty nie jesteś moim - dodała cicho - A ja wierzę w miłość i przeznaczenie.
Nic nie mogłeś poradzić na to,  że im dłużej jej słuchałeś, im dłużej z nią rozmawiałeś, tym bardziej czułeś się poirytowany.
- Kiedyś nie byłaś tak cholernie sentymentalna - zauważyłeś oschle, odwracając się od niej do szyby. Nie zareagowałeś, gdy jej palce zaczęły kreślić skomplikowane wzory na twojej dłoni, ale wymknęło ci się sapnięcie, gdy opuszkiem palca dotknęła twojego policzka.
- Przepraszam cię - powiedziała, ale nie słyszałeś w tych słowach ani krzty żalu.
Potem wysiadła z samochodu i rzuciła krótkie:
- Do zobaczenia.
Zamknąłeś oczy i zakląłeś parę razy, kurwa. 



cześć, fajnie byłoby, gdybyście zaglądali na Świetlika. żeby wiedzieć czy żyję.
wgl, myślałam o tym czy by sobie nie stworzyć twittera, żebyście mogli być na bieżąco -i żeby móc publikować głupie wpisy.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

12

Idealnie radzę sobie z udawaniem, że radzę sobie idealnie.
Po czterdziestu sześciu dniach intensywnej znajomości Michał był w stanie powiedzieć o Lidii bardzo wiele, ale najgorsze było to, że nie miał komu. Sekret mu ciążył; jasne, tak było od początku. Lecz to było jak z bólem w kolanie albo wyrwanym zębem - cierpisz jak cholera, ale jesteś w stanie się przyzwyczaić. Człowiek, istota wyjątkowa, do wszystkiego potrafi się przyzwyczaić.
Po tych czterdziestu sześciu dniach, po kilkunastu wizytach, po wielu wspólnie spędzonych godzinach, najczęściej dziennych, przeleżanych razem, podczas gdy mieli być wtedy zupełnie gdzie indziej, po tylu wymienionych spostrzeżeniach, po wspólnych szczytach, po zsynchronizowanych oddechach. Po tym wszystkim Michał otrzymał od Lidii tylko dwa smsy:
- Kończymy to - lekko, jakby wspólny projekt dla firmy wreszcie był u finiszu; jakby cała niemoralność była iluzją, a czasoprzestrzeń w ogóle nie odnotowała jej istnienia.
- Dlaczego?
To bardzo ludzkie pytanie. Wymyślone, żeby cierpieć jeszcze bardziej, głębiej, na poziomie psychicznym. Bo odpowiedź na nie budzi nasze domysły, przemyślenia, sprawia, że zaczynamy popełniać najgorszy z możliwych błędów - zastanawiać się. A to zabija sens chwili, zabija jej istotę, zabija chęć działania, gasi motor napędowy naszego szaleńczego biegu po szczęście i spełnienie.
Kiedy dowiadujemy się "dlaczego", zaczynamy zauważać, że nie jesteśmy jednostką. Z każdym takim małym "dlaczego" wiąże się kolejna osoba; jeszcze jedna, z którą powinniśmy się liczyć poza naszym własnym ego.
Każde "dlaczego" jest środkiem do destrukcji. A to "dlaczego", "dlaczego" Lidii, miało w sobie moc tysiąca iskier, skłonnych doszczętnie spalić całe ciało Michała w dosłownie dwie sekundy.
- Dlaczego? - odpisał jej.
- Bo się zakochałam.

Są słowa, z którymi nie należy się sprzeczać. I sprawy, w które nie należy wnikać. Miejsca, gdzie nie należy wchodzić oraz ludzie, których nie należy słuchać.
- Michał, ja wiem - Dagmara znalazła cię w kuchni, kiedy próbowałeś odnaleźć iskierkę jakiejś emocji w zawartości kuchennych szafek. Niestety, grejpfruty, krakersy, mleko i sos tatarski nie wiedziały, jak mogłyby ci pomóc. - Mały jest u kolegi - wyjaśniła szybko, gdy podniosłeś na nią wzrok - Porozmawiamy?
Nie miałeś na to siły, ale nie oponowałeś. Czułeś się wykończony, chociaż właściwie nie potrafiłbyś wyłapać żadnego uczucia, która leniwie przepływała przez twoje ciało – nawet zmęczenia. Jakbyś nie czuł nic.
- Nie chcę rozmawiać - mówisz szczerze, nie sądząc, że wywołujesz burzę. Widzisz łzy w oczach żony, widzisz zmarszczki na twarzy, widzisz dłonie, desperacko zaciśnięte w pięści. Ale w ogóle cię to nie rusza.
Teraz jesteś kukiełką, która pierwsze musi poradzić sobie ze sobą, a dopiero potem będzie w stanie stawić czoło innym.
- Michał - głos się jej łamie, więc łapczywie próbuje zaczerpnąć powietrza - Michał - powtarza ciszej, jakby bała się własnych słów - Michał. Miałeś romans.
I co masz zrobić w takiej sytuacji? Co masz powiedzieć? Na co masz spojrzeć, żeby nie musieć patrzeć w jej oczy? Dokąd masz pójść, kiedy prosi, byś wyszedł?
- Nie zaprzeczasz - zauważa cicho i czujesz w tych słowach wszystko. Rozpacz, żal, zwykły smutek, niedowierzanie, złość, zawód... Ale, cholera, mógłbyś przysiąc, że gdzieś w samogłoskach wyczuwasz tlącą się zupełnie biernie, murem oddzieloną od całej sprawy miłość. Kurwa, masz świetną żonę - jeszcze - Michale; nie zasługujesz na nią zupełnie.
- Wyprowadzę się - zgadzasz się, odkładając rozważania na później - Jeszcze dzisiaj - zapewniasz - ale...
- Wymyślę coś dla Oliego. Że pojechałeś do babci - odpowiada ci pospiesznie. Chyba już wszystko przemyślała, zaradna dziewczyna.
- Nie - kręcisz głową - chciałem zapytać, czy mogę... czy mogę wrócić.
Milczycie. Bo słowa... słowa mogą teraz zaboleć; szczególnie te nieprzemyślane, wypowiedziane pod wpływem emocji, w gniewie. "Tak? Nie? Nie wiem?"
Dagmara decyduje się na najbezpieczniejszą z opcji:
- Muszę o tym pomyśleć, Michał.
To daje ci nadzieję.


so... we're back ? 

piątek, 16 maja 2014

10 + 11



Anna Sun – Walk the Moon

I’m dreaming, singing, hoping, smiling, giving, flying, falling, fighting, crying, living, writing when you love me.

Jeśli wdepnie się w bagno, nie jest łatwo się wydostać, wiesz?
Czasami właśnie takie mentalne bagno pojawi się nagle na naszej drodze, a my zanurzymy się w nim nieświadomie. I co wtedy? Skąd przyjdzie ratunek?
Znikąd.
Próbowałeś się wygrzebać przez pięć dni.
Zadzwoniłeś.
Trzy sygnały.
- Lidia?
- Nie – poinformował cię lodowaty głos – Pomyłka.
- Lidia – przymknąłeś powieki, zmarszczyłeś brwi – Przestań się wygłupiać – rozbolała cię głowa.
- A, to ty.
Zabawne, Michale. Czego się spodziewałeś? Potraktowałeś ją jak dzieciaka, małego podlotka, który cały czas igrał ci na nerwach i co? I masz pretensje, że właśnie tak zaczęła się zachowywać?
- Błagam cię – szepnąłeś szybko, jakbyś miał problemy ze złapaniem powietrza - Musimy się spotkać.
Milczała chwilę, w słuchawce słyszałeś tylko jej miarowy oddech.
- Po co? – zapytała w końcu – Jednak tęsknisz?
- Lidia, ja wiem… - odetchnąłeś głęboko, czując ucisk w okolicach klatki piersiowej: serce czy płuca? – Lidia, ja wiem, że to… My nie powinniśmy być razem – zaryzykowałeś, po czym przygryzłeś wargę, nie wiedząc, jak miałbyś kontynuować.
- Może – droczyła się.
- Masz siedemnaście lat, a ja… ja mam rodzinę.
- Może.
Przewróciłeś oczami, w duchu modliłeś się o cierpliwość. Ty, największy grzesznik świata, w sytuacji krytycznej zwróciłeś się do Boga?
- Nie powinniśmy być razem – powtórzyłeś jeszcze ciszej, bardziej do siebie – To moja wina, że pozwoliłem ci na…
- Na wskoczenie na twoje kolana?
Skrzywiłeś się, a nagły strach zawładnął całym twoim ciałem.
- Gdzie jesteś?
- Na mieście.
Odetchnąłeś.
- Gdyby twoi rodzice usłyszeli jak…
Zaśmiała się. Gorzko, krótko.
- Uwierz mi, Michał, umiem zadbać o psychiki moich rodziców – dalej to czułeś, wciąż to w niej było. Ta iskra. Ten płomień. Ta słodycz, kiedy wymawiała twoje imię. Drażniąca, kująca, jak imbir. Palący imbir.
- Chcę się spotkać, Lidia – spróbowałeś jeszcze raz – Nie wiem tylko, dlaczego.
- Oczekujesz, że ja ci powiem? – zdziwiła się szczerze.
- Oczekuję tylko, że przyjdziesz.
- Po co?
- Kochać…
- …się?
- …mnie – dokończyłeś. Cisza w słuchawce przeciągała się nieznośnie, więc posunąłeś się do kroku niewątpliwie desperackiego: nie ważne, jak bardzo pokrętnie i niezrozumiale, ale powiedziałeś jej prawdę – Lidia, ja wiem, że to jest szalone. Że to nie powinno mieć miejsca. Nie powinniśmy nawet o tym myśleć. Ale ja jeszcze nie umiem z tego zrezygnować.
- Jeszcze?
Milczałeś.
- Ja też nie… - przyznała cicho po  chwili.
- Maleńka – szepnąłeś, uradowany. Twoje serce rozpływało się w poczuciu ulgi – Więc się zgadzasz?
- Nie.
- Błagam.
- Nie możemy.
- Lidia.
- Jak długo to potrwa?
- Nie wiem. Niedługo. Zgadasz się?
Trzy sekundy.
- Będę.
Michale, znowu możesz normalnie oddychać.

11

Hope Sandoval & the Warm Inventions – Trouble

I just get tired of this town
I get tired of these people

Wasze schadzki stają się coraz dziwniejsze, Michale.
Zatrzymujesz się czarnym BMW na tyłach jej szkoły. Czekasz jeszcze cztery minuty. Otwierasz okno. Słyszysz głuchy dźwięk dzwonka, tłumiony przez grube mury. Potrzebuje jeszcze chwili. Musi poudawać, że jest normalnie, pośmiać się z przyjaciółkami, może pożegnać gorącym spojrzeniem jakiegoś szczęściarza, który i tak nigdy nie dostanie tego, co dała tobie. Dopiero wtedy jest w stanie swobodnie zbiec do szatni. Jest wtorek, wiesz, że ostatnią lekcję – historię – ma na trzecim piętrze. Sala numer czterdzieści cztery.
Jest już w szatni. Szafka trzysta osiemnaście, zielona, kłódka. Cholera, szyfru nie znasz. Nie szkodzi, wybaczy ci. Zakłada płaszcz, zapina guziki, pasek. Otula szyję szalem. Przegląda się jeszcze w lusterku wiszącym na drzwiczkach. Uśmiecha się do siebie, odrzucając włosy na plecy. Oczywiście, że nie zakłada czapki. Nie wygląda dobrze w czapce – tak sądzi.
Przerzuca torbę przez ramię, mówi jeszcze radośnie „cześć” i już jej nie ma. Wychodzi. Trzy sekundy, dwie…
Już ją widzisz.
Zmierza ze spuszczoną głową w twoim kierunku. Nie patrzy przed siebie, nie rozgląda się. Skupia wzrok na wysokich, czarnych kozakach, tworzących na źle odświeżonym chodniku regularne, głębokie ślady.
Zamykasz okno, włączasz silnik. Strumień zimnego powietrza uderza cię w twarz, gdy otwiera drzwi od strony pasażera. Włączasz ogrzewanie, cofasz ręczny, zerkasz na drogę, gaz.
- Dzień dobry.
- Cześć, tęskniłam.
Nie jesteś w stanie powstrzymać uśmiechu.
- Ja też.
Milczycie przez chwilę. Wjeżdżasz na główną drogę. Nie wiesz jeszcze, gdzie dokładnie się kierujecie.
- Rodzice w domu?
- Kończą za godzinę.
Odpada. Nie wystarczy wam.
Śnieg lekko prószy. Którego dzisiaj mamy? Jakoś połowa grudnia. Mikołaj uśmiecha się ciepło ze sklepowych witryn, piekarnie kuszą ciasteczkami, a ekolodzy straszą karpiem. Dagmara od tygodnia stara się sklecić listę zakupów, która nie przekroczyłaby waszego budżetu. Będzie miło. Teściowie przyjadą.
Widzisz tabliczkę i skręcasz. Impuls. Przypadek. Los. Szczęście.
Lidia niepewnie wierci się na siedzeniu, w końcu odwraca się w twoją stronę.
- Michał? – pyta niepewnie, unosząc brwi w charakterystycznym dla niej geście.
- Masz szminkę?
Na chwilę zastyga w bezruchu, potem łapie kurczowo torebkę, trzymaną na kolanach, odpina suwak i zaczyna przegrzebywać jej wnętrze.
- Tylko czerwoną – mówi po chwili.
- Dobrze – kiwasz głową, zerkając na nią przelotnie – Umaluj się. To doda ci lat, a ja nie będę wyglądał i czuł się, jakbym chciał cię wykorzystać.
- Ale ty właściwie… - wiesz, że się droczy.
- Cicho – przerywasz jej z uśmiechem i w tym samym momencie zatrzymujesz się na praktycznie pustym parkingu.
Lidia posłusznie wykonuje twoje polecenie. Dostrzegasz, jak niepewnie zerka na stary, zaniedbany budynek, który okazuje się być waszym celem. To prawda, może nie jest luksusowy, ale nie chodzi przecież o otoczenie.
Chodzi o seks.
Nie…
A może?
Michał, skup się.
Wyciągasz dłoń i ściskasz jej kolano, na pocieszenie, tak sądzisz – jej czy siebie? Uśmiechasz się lekko, zadowolony z efektu, gdy wreszcie chowa szminkę.
- Gotowa?
- Nie.
- Świetnie, ja też nie. Więc chodźmy.
Wasz związek nabiera nowego wymiaru. Z jakiegoś dzikiego, szalonego, zupełnie niemoralnego romansu przeistacza się w zdradę z premedytacją, dokładnie zaplanowaną, świetnie przygotowaną. Zabójstwo twojej ostatniej nadziei na uwolnienie się z tej toksycznej relacji, odnowienie interakcji małżeńskich, powrotu do prawdziwej, kochającej i ufającej ci rodziny dokonuje się w godzinach popołudniowych, na ulicy x, numer siedemset siedem.
Jeden trup. Przyczyna zgonu: Lidia.





Wojsko Autorki - oddział G. 
czy my się chociaż zbliżamy do końca?

poniedziałek, 5 maja 2014

9

Era – Sempire d’Amor

- Life is a bitch, than you die.
- No, honey.
You’re the bitch.

- Tato, ale powiedz mi tak właściwie, jak to jest, że ty też żyjesz?
Zatrzymałeś się nagle tuż przy ślizgawce, spoglądając z góry na twoją malutką kopię w blond wydaniu, która teraz zawzięcie kopała bryłkę lodu swoimi czarnymi ocieplanymi bucikami.
- Przepraszam, Oli, powtórz.
- Dlaczego ty żyjesz, tato? – mały nie wahał się ani chwili – Przecież jesteś stary.
Zabawne, jak wielkie emocje mogą wywoływać dziecięce uwagi, rzucone mimochodem przy zabawie. Pełne gorącej wiary słowa syna „przecież jesteś stary” prześladowały cię jeszcze długo. Cały dzień, noc, dwa treningi, wreszcie uderzyły prosto w sam środek czaski, gdy zobaczyłeś rudowłosego diabła siedzącego w twoim samochodzie na parkingu.
Oho, Michale – diabła? Już nie anioła?
- Nie potrafisz używać kluczyków? – zażartowała, czekając na twoje zwykłe „dzień dobry” i całus w policzek.
Nic takiego nie nastąpiło. Rzuciłeś sportową torbę na tylne siedzenie, zająłeś miejsce za kierownicą i milczałeś, a po twojej głowie kołatała się wizja Oliwiera, patrzącego na ciebie z niesamowitym jak na małolatka skupieniem.
- Michał – Lidia uśmiecha się szeroko, kręcą z politowaniem głową – co się dzieje? Nie chcesz się pobawić? – marszczy brwi, gdy odtrącasz jej dłoń. Oboje wyglądacie teraz jak kłębki nerwów, dwie sfiksowane osobowości o charakterach wojowniczych i nadpobudliwych, które znalazły się na niewielkiej przestrzeni i wygląda na to, że będą walczyć o swoje terytorium.
- To dla ciebie tylko gra – nie pytałeś, stwierdziłeś to wciąż uparcie patrząc w mistyczną pustkę przed sobą, w której nijak nie mogłeś doszukać się nadziei – Tylko się ze mną bawisz.
- Nieprawda – zaprzeczyła drżącym głosem, co skwitowałeś wybuchem śmiechu.
Dlaczego nie przejmowałeś się tym, że ją ranisz? Dlaczego pozwoliłeś swoim emocjom przejąć kontrolę? Dlaczego nagle stałeś się zimny i nieczuły? Dlaczego przestałeś marzyć o niej? Dlaczego drażniły cię jej pytania, żarciki, jej obecność?
Czyżbyś okazał się najpodlejszym z mężczyzn, Michale? Czyżbyś miał już dość? Czyżby właśnie dotarło do twojej podświadomości, co takiego robiłeś, z czego czerpałeś radość, czyimi uczuciami rzeczywiście się nie kierowałeś oraz o kim nie myślałeś w ogóle, kochając się z Lidią?
Czyżby nagle twoja wolność zaczęła cię uwierać?  
- Myślę, że powinniśmy to zakończyć – stwierdziłeś twardo, korzystając z dziwnego przypływu odwagi.
Wydawało ci się, że przyjęła to całkiem dobrze, spokojnie. Przez pierwsze dziesięć sekund może rzeczywiście tak było, później – Lidia rzuciła się w twoim kierunku. Nawet nie zorientowałeś się, kiedy wspięła się na twoje kolana, dociskając cię swoim ciałem do siedzenia. Jej rude włosy przesłoniły ci świat, w dłoniach zamknąłeś jej biodra, odnalazła cię swoimi ustami. Smakowała jak czysta wariacja, jak słodycz połączona z goryczą, jak miłość zmieszana z nienawiścią. Wyraźnie wyczuwałeś intensywną nutę desperacji i determinacji. Była zmotywowana do tego, by pokazać ci, jak bardzo będziesz żałował, a ty podburzałeś jej sprzeciw, oddając żywo pocałunki.
Może wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej, gdybyś nie reagował lub gdybyś ją odepchnął. Może nie czułbyś wtedy tego podniecenia, tej ekscytacji, zewu przygody, ryku twojego męskiego ego, mile połechtanego piękną kobietą w ramionach.
Kłóciłeś się ze sobą. W twojej głowie mieszały się postacie kochającego ojca rodziny i spragnionego kochanka. Dlaczego nie potrafiłeś się opowiedzieć po jednej, konkretnej stronie? Dlaczego brnąłeś w ten toksyczny stan, pozwalając sobie na dualizm zła i dobra?
Lidia była temu winna, była winna wszystkiemu.
Jak można stworzyć małego diabła, chochlika, niebezpiecznego elfa z manią niszczenia, chłonięcia, zagarniania, zatrzymywania dla siebie? Jak można umieścić w ciele siedemnastoletniej dziewczyny duszę prawdziwej femme fatale? Jak można pozwolić jej namieszać w głowie, wpuścić ją do serca, pokochać, zapragnąć, jak można być tak głupim? 
- Ucieknijmy stąd – poprosiła cię, odrywając nagle usta od twoich. Wasze gorące oddechy zmieszały się, czuliście potworny gorąc i ból – Zniknijmy, póki mamy jeszcze czas – szukała twojego spojrzenia. Zacisnąłeś dłonie na jej biodrach, westchnąłeś, uświadamiając sobie fakt, jak bardzo na ciebie działa. Spojrzałeś na jej drobne ciało, złączone z twoim. Zrobiłbyś dla niej wszystko. Dlaczego nie potrafiłeś być silny?
- Dokąd? – szepnąłeś. Nie dałeś rady się kłócić. Zrezygnowany opuściłeś głowę – Dokąd? – powtórzyłeś, gdy milczała.
Coś się w tej chwili zmieniło.
Twój uścisk zelżał, Lidia niepewnie odsunęła się od ciebie. Dłonie, które położyła ci na ramionach, przesunęła na policzki, a potem wplotła w twoje włosy. Zmusiła cię, byś uniósł głowę i spojrzał w jej oczy.
Poddałeś się.
Przez chwilę szukała czegoś w twoim spojrzeniu. Wyglądała na przerażoną, lekko rozchylała usta, oddychała ciężko. Miałeś wrażenie, że zagląda do wnętrza duszy. Sam nie wiedziałeś, czy tego właśnie się obawiałeś. Nie wiedziałeś już niczego.
- A więc stało się – zawyrokowała w końcu, odsuwając nagle swoje dłonie od twojej twarzy, jakby przed chwilą się oparzyła. Jeszcze raz spojrzała na ciebie z niedowierzaniem i zsunęła się z kolan, zajmując miejsce na siedzeniu pasażera – Stało się – powtórzyła cicho, kręcąc wolno głową i przymykając powieki – Dlaczego to zrobiłeś? – nagle zwróciła się w twoją stronę – Dlaczego na to pozwoliłeś?!
Nie krzyczała, lamentowała. Używała tonu, który przyprawiła cię o dreszcze. Piskliwego, bardzo dziecięcego, takiego, jakim najczęściej posługują się upiory w bajkach.
- Nie rozumiem – przyznałeś cicho. Chyba zwariowała, oszalała z rozpaczy. Zaraz rzuci się na ciebie i…
Ale Lidia tylko odwróciła głowę do szyby, wzięła głęboki wdech i poinformowała cię:
- Jedź.
- Gdzie?
- Nieważne. Musimy spokojnie porozmawiać.
- Nie mogę teraz.
- Dobra, więc odwieź mnie do domu. 




I'm nothin without you (...) I don't want it to end.


Eh, te melodramaty.